2 lata jako web developer! Moja historia

Dziś ostatni dzień maseczek na świeżym powietrzu! I moje drugie urodziny jako web developera! Dwie fantastyczne okazje do świętowania :-) A świętuję, opisując na blogu moją historię.

W 2016 roku odeszłam z Intela na fali zwolnień. Praca była coraz bardziej stresująca, moje dzieci malutkie, a ja wykończona i marząca o zmianie. W pracy trzymała mnie pensja i... syndrom oszusta. Uważałam, że do Intela dostałam się fuksem, tak samo na studia i do jednego z najlepszych liceów w kraju. Bałam się, że ośmieszę się na ewentualnej rozmowie kwalifikacyjnej (bo przecież tak naprawdę nic nie umiem), dlatego trwałam w Intelu. I trwałabym tam pewnie do dzisiaj, gdyby nie zakwalifikowano mnie do zwolnienia. Miałam wybór: zostaję lub odchodzę. Wybrałam to drugie i uważam, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu, bo dzięki temu jestem teraz tu, gdzie jestem :-) Wtedy jednak miałam wielkie poczucie niesprawiedliwości i żal. Jakbym oberwała znienacka pałką w łeb. Długo trwało, zanim doszłam po tym do siebie.

Póki co nie śpieszyło mi się z szukaniem nowej pracy. Wiedziałam jednak, że już nigdy nie wrócę do programowania, i szukałam pomysłu na życie. Nauczyłam się szyć i w styczniu 2018 roku zaczęłam sprzedawać szyte przez siebie torebki. Uwielbiałam szyć, szyłam ciągle, szyłam dla dzieci, dla siebie, szyłam prezenty dla rodziny. To były czyste endorfiny! :-)

Potem jednak moja świadomość ekologiczna mocno wzrosła i przestałam widzieć sens w szyciu. Po co wydawać na świat kolejną rzecz? Po co zaśmiecać planetę? Próbowałam szyć z tkanin z drugiego obiegu – od rodziny, z ciucholandu, z podartych spodni. Nie udało mi się tym zagłuszyć sumienia i w grudniu 2018 rzuciłam szycie zarobkowe.

Skoro to nie wypaliło, to co dalej? Może jednak programowanie? Przynajmniej biurko będzie czyste, a kłaki nitek nie będą się roznosić po mieszkaniu. Popatrzyłam na oferty pracy i zobaczyłam, że było ich sporo dla programistów Python. Nie znałam Pythona, ale zaczęłam się uczyć. Przerobiłam kilka kursów na Courserze, napisałam aplikację do tworzenia wzoru haftu krzyżykowego, a potem zobaczyłam, że w Pythonie można robić strony internetowe. No to zaczęłam się uczyć HMTL-a i CSS-a. I akurat wtedy znajoma osoba poprosiła mnie o zrobienie dla niej strony internetowej. Mąż zasugerował, żebym zrobiła ją w WordPressie. Myślałam, że to jakaś agencja prasowa (coś na kształt Associated Press)! Pojęcie miałam zerowe, ale strona stanęła, a ja się wciągnęłam. 14 maja 2019 roku wystartowałam jako web developer i jestem na tej ścieżce do dziś.

A ścieżka była wyboista. Raz zlecenie było, raz nie. Cieszyłam się, gdy miałam z czego opłacić ZUS (i to ten mały...). Zleceń szukałam ciągle, ale konkurencja cenowa była tak duża, że rzadko coś mi się udało pozyskać. To był trudny czas. W pewnym momencie miałam spory kryzys i zaaplikowałam o pracę. Przeszłam rekrutację, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam, bo nie byłabym w stanie pracować dla kogoś 8 godzin. Miałam kilku stałych klientów i nie mogłam ich zostawić.

Niedługo potem zła passa się skończyła. Zlecenia zaczęły napływać same, ludzie polecali mnie znajomym, niektórzy znajdowali mnie sami przez moją stronę internetową lub Oferię. Od grudnia nie szukam zleceń sama i jestem z tego powodu dumna i przeszczęśliwa! Praca web developera wydawała mi się tymczasowa, póki dzieci są małe, ale okazało się, że zostanę tu na dłużej :-) Tym bardziej, że w poniedziałek zaczynam pracę na pół etatu w supporcie pewnej wtyczki. A to oznacza, że codziennie będę miała coś do zrobienia i co miesiąc na moje konto wpłynie pewna kwota. Bo najgorsze w pracy freelancera to brak pracy.

W międzyczasie zrezygnowałam z robienia stron internetowych i postawiłam na ich naprawę i poprawę (w dodatku ograniczyłam się tylko do WordPressa). Robienie stron nie sprawiało mi wielkiej przyjemności i było słabo opłacalne finansowo. Mimo to bałam się wyrzucić to z oferty, bo a nuż akurat znajdzie się jakiś klient na stronę – lepszy rydz niż nic. Jednak pod wpływem pewnej lektury o marketingu, gdzie autor jasno wytłumaczył, czemu trzeba mieć swoją niszę, postanowiłam skupić się wyłącznie na tym, co sprawia mi największą przyjemność i przynosi największe pieniądze, czyli na naprawie i poprawie. To był odważny krok, ale cieszę się, że go zrobiłam :-)

Mam takie poczucie, jakbym do czasu odejścia z Intela żyła pod kloszem. Potem ktoś ten klosz zabrał, a ja musiałam wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Zrobiłam ogromne postępy, wyzbyłam się syndromu oszusta, czuję się ekspertką w dziedzinie, którą się zajmuję, nie wstydzę się przyznać, że czegoś nie wiem. Ze zdumieniem odkryłam, że ja się nadaję do tej pracy, mimo że jestem introwertykiem. Potrafię się komunikować z klientami, potrafię być asertywna. To są dla mnie wielkie odkrycia!

I nauczyłam się zwracać do klientów "Pani Kasiu" i "Panie Piotrze", co było jedną z trudniejszych rzeczy do nauczenia, ale teraz nie wyobrażam już sobie powrotu do "Dzień dobry" ;-)

Pani Marta
Jestem Marta. Pani Marta. I piszę o rzeczach, które inspirują mnie i ciekawią w pracy web developera. Na moim blogu znajdziesz porady dotyczące WordPressa i programowania stron, a także moje osobiste przemyślenia na najróżniejsze tematy.

Masz pytania lub uwagi? Zostaw komentarz :-)

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe.

Podaj swoje imię lub nazwę. Ta nazwa będzie widoczna przy Twoim komentarzu.
Napisz komentarz.